Przejdź do głównej zawartości strony

Najwcześniej zauważone przeze mnie piękno było trwałe, niezmienne i trochę groźne.
Stało u babci na stole i dzieciom nie wolno było się do niego zbliżać. Składały się nań: porcelanowa figura Matki Boskiej i stojące po jej bokach dwa aniołki, metalowa pasyjka, dwa szklane świeczniki ze świeczkami, które nigdy nie były zapalane, ponieważ miały funkcję ozdobną oraz gromnica, towarzysząca rodzinie w najważniejszych chwilach – od narodzin do śmierci. W czasie burzy babcia zabierała ją ze stołu i stawiała w oknie razem z obrazem Matki Boskiej – miało to chronić dom i gospodarstwo przed piorunami. Czasem pojawiały się tam na chwilę różne religijne drobiazgi – różańce ofiarowane babci w prezencie przez krewnych, obrazki przyniesione przez chodzącego po kolędzie księdza, pamiątki z odpustów i pielgrzymek, książeczka do nabożeństwa. Wszystko to postawione było na haftowanej serwecie, pod nią znajdował się biały obrus.
Stół stał na środku pokoju, tak, że ołtarzyk był osią, wokół której zgromadzone zostały wszystkie inne odświętne i ważne przedmioty. Zazdrościłam wujkom i ciotkom, którzy podczas wizyt u dziadków spali tam.

Druga babcia, do której jeździliśmy na święta i wakacje miała podobny ołtarzyk.
Różnił się odrobinę od tamtego: serweta, obrębiona ozdobnym szydełkowym wzorem leżała na tkanym przez babcię na krosnach dywanie w kolorowe pasy. Drugi dywan – większy – okrywał puchowe poduszki i pierzyny na łóżku. Dodatkiem do tego wszystkiego były stojące na toaletce z drewna wiśniowego zdjęcia: mojej najstarszej siostry, najstarszej kuzynki i kuzyna, który – choć nie był najstarszy – był jedynym chłopcem w naszej bardzo licznej gromadzie wnuków. Mój wizerunek dołączył do panteonu dopiero, kiedy byłam na studiach i zrobiłam sobie zdjęcie w opoczyńskim stroju ludowym, który dostałam od babci kilka miesięcy wcześniej. Wtedy też po raz pierwszy babcia pościeliła mi na noc łóżko w tym pokoju. Po zdjęciu ozdobnych poduszek, jaśków i wielobarwnej narzuty ukazała się moim oczom wykrochmalona, bielutka pościel, haftowana w drobne niebieskie kwiaty lnu.
„To może ja prześpię się w kuchni, babciu” – powiedziałam onieśmielona pięknem, którego po kryjomu próbowałam dotknąć przez całe dzieciństwo.
Wiele lat później dowiedziałam się z etnografii, że taki pokój w domu wiejskim miał specjalną nazwę i funkcję, często bardziej reprezentacyjną, niż mieszkalną.
Z tym pięknem, mimo że trwałym, należało obchodzić się ostrożnie nie tylko dlatego, że wykonane było z drogich materiałów lub dużym nakładem pracy. Było ono pojedyncze, w unikalnych egzemplarzach, przekazywane z matki na córkę. Jeśli odnawialne, na przykład z konieczności, po pożarze, to przez lata, z dużym wysiłkiem.

Dziadek miał swoje artefakty, do których należała na przykład drewniana rzeźbiona lufka, w której palił skręty albo papierosy „popularne”.
Ten rodzaj piękna, nazwijmy go roboczo zwyczajnym, ukazywał się oczom w najmniej spodziewanym momencie. Bardzo często jego autorem był miejscowy kowal. Fantazyjne wzory na bramach wjazdowych, sprzedawane na targu metalowe kwietniki, misternie kute krzyże na cmentarzu. Nawet potrzebne w gospodarstwie małe i duże przedmioty do pracy w polu, które kowal wytwarzał w dużych ilościach, miewały ozdobne wygięcie, malutki ornamencik z metalu, pomysłową formę.

Jest też piękno chwilowe, moje ulubione.
Przed wielkimi świętami na wiosnę i w lato, a także w każdą sobotę po wieczór zamiataliśmy podwórko miotłą zrobioną przez dziadka z brzozowych witek. Babcia w każdą sobotę zamiatała też sobie gliniane klepisko w starej „letniej” kuchni, w której lubiła przebywać i gotować, mimo że w tamtym czasie był już murowany z dom. Na koniec – niemalże rytualnie – posypywała to klepisko wiślanym piaskiem, którego sterta zawsze leżała w rogu podwórka „na wszelki wypadek”. Żółto-płowy, sypki z wierzchu i wilgotny w środku, dobrze było sypnąć nim również po tym odświętnie zamiecionym podwórku.
Jeśli przychodziły ciepłe dni, stawał się leciutki, coraz lżejszy, na koniec po prostu rozpływał się w powietrzu.
W niektórych regionach Polski (na przykład na Kujawach) to sypanie wzorów piaskiem na Wielkanoc albo inne święta przybrało formę wyrafinowanej sztuki. Kunsztowne wzory cieszyły oko, dopóki nie spadł deszcz albo nie powiał mocniej wiatr.

Piękno chwilowe może być też jak najbardziej materialne, ale niszczejące z dnia na dzień, z chwili na chwilę: to papierowe firanki, słomiane pająki, świąteczne podłaźniczki – wszystkie te „delikatności”, których tajemnice wykonania przekazywano z pokolenia na pokolenie. Często się zastanawiam, czy to wkładanie wysiłku i poświęcanie czasu na piękno chwilowe nie jest jedną z bardziej istotnych cech dawnego wiejskiego życia. Piękno zapisane w rękach, w gestach, detalach, symbolach nieczytelnych dla ludzi, żyjących dwieście lat później. Tak jak historie chłopskich rodzin – opowiadane, ale nie spisywane, często utrwalane jedynie w obrazach-gablotach ze zdjęciami rodzinnymi, które można czasem spotkać w opuszczonych domach. Jest to widok zatrważający.
Istnieją również piękna niezdefiniowane i nienazwane – bardzo dużo jest ich wokół nas na co dzień.

Na koniec – piękno przyrody, które nie podlega żadnym klasyfikacjom. Z tej grupy najbardziej przekonuje mnie majowy deszcz. No i piękno muzyki – nieskończone, jak powiedział kiedyś o nim skrzypek Jan Gaca z Przystałowic Małych.


Posłuchaj/obejrzyj:


W zasięgu głosu
O zjawiskach, emocjach, zwyczajach, tematach niedotykalnych i sprawach niewidzialnych, tworzących nasze życie. Zbiorczo nazywane tradycją, która powstaje z więzi między ludźmi. Blisko, w zasięgu głosu.

Ewa Grochowska

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb.
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym.

Zamknij