Dolny Śląsk to region o złożonej historii kulturowej i demograficznej, którego obecny kształt jest wynikiem migracji powojennych. Po zakończeniu II wojny światowej i zmianie granic państwowych w 1945 roku doszło tu do niemal całkowitej wymiany ludności. Proces ten, wymuszony przez politykę państwową i wydarzenia wojenne, miał fundamentalne znaczenie dla kształtowania się powojennej tożsamości Dolnego Śląska.
Większość dotychczasowych mieszkańców została wysiedlona, a ich miejsce zajęły, jak pisze Elżbieta Berendt:
[…] społeczności z utraconych przez Polskę w wyniku wojny rejonów Kresów Wschodnich: lwowskiego, tarnopolskiego, stanisławowskiego, poleskiego i wołyńskiego, w mniejszym stopniu (ze względu na przyjęty przez Państwowy Urząd Repatriacyjny równoleżnikowy schemat przesiedleń) z wileńskiego i nowogródzkiego. Na Dolny Śląsk przyjeżdżali potomkowie polskich emigrantów z Bukowiny rumuńskiej, Bośni, Francji i Belgii. Region zasiedlali też licznie mieszkańcy przeludnionych wsi: Kielecczyzny, Rzeszowszczyzny, Lubelszczyzny, Małopolski. W 1947 r., w ramach akcji „Wisła”, dla której uzasadnieniem miała być potrzeba likwidacji ukraińskiego podziemia, na Dolny Śląsk, w ramach odpowiedzialności zbiorowej, przesiedlono znaczne grupy Łemków, Bojków i Ukraińców. W latach 1946−1949 trafiali tu emigranci z Grecji oraz związani z ruchem komunistycznym partyzanci i ich rodziny, którzy po przegranej wojnie domowej szukali azylu politycznego w tej części Europy. Osiedlali się tu także Żydzi, przychodzący na miejsce przedwojennej ludności żydowskiej, która poddana została eksterminacji lub opuściła Dolny Śląsk jeszcze przed wojną. Z ekspatriantami z Kresów i reemigrantami z różnych krajów europejskich napływali przedstawiciele dzisiejszych dolnośląskich mniejszości narodowych, głównie Ormianie, Karaimi i Tatarzy.
Powojenni osadnicy, którzy przybyli na Dolny Śląsk, zastali materialne ślady poprzednich mieszkańców – domy, miasta, wsie, cmentarze, przedmioty codziennego użytku. Elementy dziedzictwa, które z czasem stały się częścią ich codziennego świata. Przywiezione przez nich tradycje, zwyczaje i pamięć historyczna zetknęły się z zastanym dziedzictwem regionu, tworząc bogatą, wielowarstwową mozaikę kulturową.
Marian Grzegorz Gerlich, podejmując analizę powojennej obrzędowości na obszarze Dolnego Śląska, przywołuje narrację jednego z informatorów pozyskaną w trakcie badań terenowych: Ludzie tu z różnych stron przyjechali, jedni zza Buga, inni od Małopolski czy Kieleckiego, skąd Bóg ludzi tu przywiódł (…). Na początku każdy na każdego patrzył, a to jaki dziwny, jakiś tak inaczej mówiący (…). A najbardziej to dziwiło, jak święta obchodzą, czy się bawią (…). Przyszły jednak lata dość szybko, że się to wszystko wymieszało (…). Widać to też w tym, jakie te nasze święta czy wesela, czy inne rzeczy. Trochę inne, a też bardziej podobne.
Nowym mieszkańcom pielęgnowanie tradycji rodzinnych i regionalnych pomagało odnaleźć się w obcej przestrzeni. Sąsiedzi uczyli się od siebie nawzajem – przekazywali sobie przepisy, sposoby świętowania czy lokalne powiedzenia. Jednym z charakterystycznych przykładów takich przeniesionych i zakorzenionych na nowo zwyczajów było zimowe kolędowanie, odbywające się w okresie przejścia między starym a nowym cyklem rocznym. Był to okres „graniczny”, w którym codzienne reguły traciły swoją oczywistość, a przyszłość pozostawała otwarta i nieprzewidywalna. Właśnie wtedy do wsi wchodzili kolędnicy; pojawiali się na początku nowego cyklu kalendarzowego i wegetacyjnego, co podkreślało ich funkcję w rytuałach związanych z cyklem przyrody. Maski, barwne stroje, żartobliwe lub poważne teksty oraz formuły o charakterze życzeniowym i magicznym pozwalały na chwilowe odwrócenie porządku świata, by następnie przywrócić go w odnowionej formie. Ich wizyty w domach nie ograniczały się jedynie do śpiewu czy składania życzeń – miały symboliczne znaczenie, zapewniając pomyślność, urodzaj i ochronę gospodarstw. Obecność kolędników pomagała nie tylko w podtrzymaniu dawnych tradycji, lecz także w tworzeniu poczucia bezpieczeństwa i porządku w nowym środowisku.
Grupy kolędnicze zaczynały krążyć po wsiach już 6 grudnia, ale najczęściej kolędowano w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia, w Sylwestra i Nowy Rok. Szczególną rolę odgrywały przebrania i maski, często przedstawiające zwierzęta o znaczeniu symbolicznym, takie jak koza, turoń, kobyłka czy bocian. Towarzyszyły im różne rekwizyty, takie jak gwiazdy kolędnicze lub szopki, podkreślające religijny wymiar obrzędu.
Kolędowanie z gwiazdą
Chodzenie z gwiazdą osadzoną na długim drążku było jednym z najpopularniejszych kolędniczych zwyczajów na Dolnym Śląsku. Wykonywano ją z dużą starannością, oklejano kolorową bibułą, ozdabiano błyszczącymi detalami, czasem umieszczano w środku źródło światła. Dzięki temu po zmroku robiła szczególne wrażenie. Tę tradycję podtrzymywali przede wszystkim powojenni osadnicy, którzy przybyli tu z Wileńszczyzny, dawnych województw tarnopolskiego i lwowskiego, a także z Białostocczyzny, Lubelszczyzny i Małopolski. Zwyczaj ten był obecny także wśród reemigrantów powracających z terenów byłej Jugosławii.
Kolędowanie z szopką
W dniu św. Szczepana pojawiali się kolędnicy z szopką; jeszcze na początku lat 70. XX wieku można było spotkać proste szopki wykonywane i noszone przez reemigrantów z Jugosławii, a także przez osadników pochodzących z Tarnopolskiego, Wileńszczyzny czy Krakowskiego. Najczęściej miały one formę niewielkiego budynku nawiązującego swoim wyglądem do skromnych, krytych strzechą stajenek. Wewnątrz znajdowały się wmontowane na stałe drewniane lub papierowe figurki przedstawiające Świętą Rodzinę. Dominującą formą były jednak szopki w formie kukiełkowego teatru, wyposażone w specjalnie przygotowaną scenę. Kolędnicy – jako jej aktorzy – ożywiali ją, posługując się kilkoma lub nawet kilkunastoma lalkowymi postaciami. Warto podkreślić, że twórcy tego bożonarodzeniowego teatru kukiełkowego często wykazywali znaczną inwencję plastyczną i narracyjną. W niektórych przypadkach scenariusze były rozszerzone o elementy odwołujące się do aktualnych wydarzeń w danej społeczności. Humorystyczne sytuacje i postacie odzwierciedlające lokalne charaktery wzbogacały opowieść, czyniąc ją bardziej przystępną i zrozumiałą dla odbiorców. Na przenośnej scenie tego teatrzyku pojawiały się się kukiełki wyjątkowe, przedstawiające m.in. charakterystyczne krakowskie wesele wraz z całym radosnym orszakiem.
Wszystkie figurki tego kukiełkowego teatrzyku wykonywane były z drewna, z dużą dbałością o precyzję odtworzenia stroju. Starano się wiernie oddać wszelkie insygnia i atrybuty przypisane konkretnej postaci, a także rysy i mimikę twarzy. Z biegiem lat zwyczaj „chodzenia z szopką”, czyli prezentowania kukiełkowych teatrów, zaczął zanikać. Szopka przestała pełnić rolę rekwizytu w występach grup kolędniczych, a zyskała status dekoracyjnego elementu.
Zwierzęta
Dużą popularnością cieszyło się także kolędowanie z maskami zwierzęcymi. Najczęściej pojawiały się postacie turonia i kozy. Zwyczaje te przynieśli na Dolny Śląsk osadnicy między innymi z terenów dawnego województwa krakowskiego, kieleckiego i rzeszowskiego, a także z Wołynia i Polesia. Również reemigranci z Bukowiny rumuńskiej znali tradycję chodzenia z kozą. W ich przypadku wyróżniającym elementem było dodatkowo kolędowanie z „buhajem” – maską byka, której towarzyszył specjalny instrument wydający donośny, chrapliwy dźwięk, naśladujący ryk zwierzęcia.
Maski zwierzęce wykonywano przeważnie z drewna, które następnie okrywano skórą, sierścią, po czym mocowano do solidnego drążka. Nierzadko stosowano także ruchomą dolną szczękę, co sprawiało, że postać wydawała bardziej realistycznie i mogła „kłapać” pyskiem w trakcie występu. Aktor wcielający się w zwierzę był zasłonięty ciemnym materiałem lub futrem, by sylwetka wydawała się większa i bardziej wiarygodna. Postacie zwierzęce nigdy nie występowały samodzielnie – towarzyszył im przewodnik pełniący rolę mistrza ceremonii. Zwykle był to chłopiec przebrany za Żyda lub dziada. Zwracał się on do gospodarzy, składał życzenia, wydawał polecenia „zwierzęciu” i zbierał datki. To nadawało występowi przejrzystą strukturę oraz głęboki sens symboliczny, mający również charakter obrzędowy. Wkrótce po osiedleniu się na Dolnym Śląsku, osadnicy z okolic Tarnopola praktykowali jeszcze jeden, dziś już zapomniany, zwyczaj – w noc sylwestrową odwiedzali domy, prowadząc ze sobą żywego konia.
Inne formy kolędnicze (lub bratki, józefy i wiljorze)
Na dolnośląskich wsiach funkcjonowały również inne charakterystyczne formy kolędowania. Pojawiały się postacie Trzech Króli, wędrujące do miejsca narodzenia Jezusa, które kultywowali osadnicy z Tarnopolskiego i reemigranci z Rumunii. W wielu miejscowościach działały także zespoły o określonych rolach: „bratki” kwestujące na rzecz Kościoła (osadnicy z Wołyńskiego i reemigranci z Rumunii), „józefy” wygłaszające dydaktyczne formuły podkreślające szacunek dla rodziców i konieczność nauki pacierza (osadnicy z Poznańskiego), oraz „wilijorze” (osadnicy z Łódzkiego). Niektóre grupy wprowadzały jeszcze bardziej widowiskowe elementy. Reemigranci z Jugosławii chodzili po wsiach w Nowy Rok z banią – podświetlaną kulą umieszczoną na drążku, której szkielet oklejony był cienką, kolorową bibułą. Repatrianci z Wołynia w dzień wigilijny odwiedzali domy z tzw. rajem, czyli przystrojoną choinką.
Herody
Ciekawym elementem obrzędów związanych z kolędowaniem na Dolnym Śląsku były widowiska określane mianem „Herodów”, wyróżniające się złożonością struktury oraz pokaźną obsadą aktorską. Na tymże terenie, jeszcze pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, działały co najmniej trzy aktywne grupy „Herodów”: w Milikowie (należącym do gminy Bolesławiec), Skoroszowie oraz Księginicach (podlegających gminie Trzebnica). Skład ekipy z Milikowa tworzyli głównie przesiedleńcy z dawnej Jugosławii, natomiast członkowie z Księginic pochodzili z Kieleckiego i Tarnopolskiego, z Skoroszowa przesiedleńcy z Tarnopolskiego.
W większości dolnośląskich grup, które odgrywały przedstawienia zwane Herodami, pojawiał się dość podobny zestaw postaci. Trzon widowiska stanowili bohaterowie związani z historią okrutnego władcy i symboliczną walką dobra ze złem. Byli to najczęściej: władca Herod, marszałek starszy i marszałek, rabin (Żyd) – jako ten, co wydarzenia komentuje, anioł – głoszący sprawiedliwość od Boga, diabeł niosący pokusy i drwiący z naszych ludzkich wad, a także śmierć, która w końcu dopadała tego okrutnika. Każda z tych postaci miała swój własny, łatwo rozpoznawalny strój, od królewskich szat dla Heroda, przez mundury lub stroje dworskie dla marszałków, aż po skrzydła anioła lub kosę u śmierci. W grupie z Księginic, składającej się z osadników z Kieleckiego i Tarnopolskiego, zestaw postaci był nieco inny. Oprócz króla Heroda i postaci Żyda, które były już znane z innych przedstawień herodowych, pojawiali się tu dodatkowo kaci. „Dosiadali” koni, których konstrukcja przypominała krakowskiego lajkonika. Nadawało to całemu przedstawieniu bardziej dynamiczny, barwny charakter, podkreślając regionalną odrębność tej wersji Herodów. Na zakończenie kolędnicy otrzymywali zapłatę lub datki, za co dziękowali rymowanymi życzeniami:
Za kolędę dziękujemy,
zdrowia, szczęścia wam życzymy,
abyście wy długo żyli,
a po śmierci w niebie byli.
Draby
Ciekawy zwyczaj na Dolny Śląsk wprowadzili osadnicy z powiatu gorlickiego – w pierwszy dzień stycznia pojawiali się młodzieńcy nazywani noworocznymi „drabami”. Przebrani w słomiane spódniczki oraz wysokie, spiczaste czapy, udekorowane kwiatami z papieru, paseczkami kolorowej bibułki, wstążkami i małymi dzwonkami. Twarz zakrywała maska wykonana z sukna, skóry lub papieru. Dopełnieniem kostiumu był drewniany kij okręcony słomą i przystrojony wstążkami, którym kolędnik uderzał w ziemię, aby pobudzić ją do życia, jednocześnie wypędzając złe moce z domu. Przyjmowano ich z radością, bowiem jak wierzono gdzie drab w domu, szczęście w domu będzie, krowa się ocieli, dziewka za mąż wyjdzie. Ich zachowania cechowała demonstracyjna żywiołowość, hałaśliwość typowa dla obrzędów przejścia i momentów kalendarzowego przełomu.
*
Kolędowanie na Dolnym Śląsku stanowiło po II wojnie światowej jeden z istotnych elementów odbudowy tożsamości regionalnej i więzi społecznych. Wszystkie te tradycje, choć różnorodne pod względem formy i pochodzenia, współistniały w regionie, tworząc wielowymiarowy krajobraz dolnośląskiej obrzędowości. Współcześnie tradycje kolędnicze coraz rzadziej realizowane są w swojej pierwotnej formule jako wędrowne widowisko odwiedzające kolejne gospodarstwa. Zmiany stylu życia, urbanizacja oraz osłabienie tradycyjnych więzi sąsiedzkich sprawiają, że forma ta stopniowo zanika. Znacznie częściej kolędowanie przenosi się do przestrzeni scenicznej: domów kultury, szkół, kościołów czy plenerowych wydarzeń kulturalnych. Przybiera wówczas postać widowisk obrzędowych przygotowywanych przez zespoły folklorystyczne i regionalne stowarzyszenia.