Przejdź do głównej zawartości strony

Jak długo można wracać w to samo miejsce?
Kiedy uznać, że praca została wykonana?

Przed takimi pytaniami stanie wcześniej lub później każdy, kto zabierze się za działania wokół lokalnych tradycji. Jeśli dotyczą one zagadnień tak efemerycznych jak muzyka i niepoliczalnych jak pamięć, wiedza i umiejętności, to o odpowiedź nie będzie łatwo.

Ocicka Potańcówka, 2018. Fot. Damian Borowiec

Region dla miłośników muzycznej archeologii

Większość mieszkańców Ocic stanowią dziś potomkowie osób, które jako reemigranci – Polacy z Bośni – przyjechali w 1946 roku na Dolny Śląsk. Muzyczne tradycje tej grupy to fascynująca mieszanka dawnych polskich pieśni i melodii z Galicji i Wołynia z bałkańskim wielogłosem, „jugosłowiańskimi piosenkami” i wpływami tamtejszej muzyki instrumentalnej – przede wszystkim grających do tańca orkiestr tamburicowych. Wystarczy przywołać zwyczaj śpiewania polskich pieśni z dodatkowymi głosami czy też najpopularniejszy tutejszy kawałek do tańca – „Kolo z Ocic”. Bo pod Bolesławcem wiele wsi ma dziś własne, najpowszechniej przyjęte warianty grania i tańczenia kolo. Inny przykład – czasem pieśń ma dwie zwrotki po serbsku (czy też jugosłowiańsku, jak mówią miejscowi), a dwie po polsku. I nie jest to tłumaczenie, a kontynuacja treści. Tak płynnie między tymi dwoma językami i muzycznymi światami potrafią poruszać się dziś jeszcze tylko ci najstarsi, którzy pamiętają Bośnię ze swojego dzieciństwa i młodości.

Kiedyś w Ocicach była znakomita kapela, pamięć o niej jest wciąż żywa, jednak z jej składu pozostał już ostatni instrumentalista – pan Edward Braszko, pełniący dziś również funkcję kierownika zespołu. Na szczęście ma muzykującego syna i wnuków, w innym wypadku musiałby teraz grać zupełnie sam. Wszyscy oni jednak wykonują tę muzykę na akordeonach, dawniej używane tutaj w kapeli skrzypce, berda i bugarija (dwa ostatnie to bałkańskie instrumenty z rodziny tamburic) czekają na lepsze czasy lub oficjalną już zmianę statusu na zabytek albo pamiątkę. Zespół śpiewaczy przechodzi kolejne zmiany pokoleniowe – ktoś rezygnuje, gdy wiek odbiera mu siły, przychodzą kolejni. Siła wspólnotowości nadal jest magnesem przyciągającym kolejne kobiety (bo są to przede wszystkim, jak w całej Polsce, kobiety) do Salki Prób i Ćwiczeń w Ocicach.

Stanisława Latawiec z córką i wnuczkami, spotkanie śpiewacze w Zebrzydowej, 2017. Fot. Gutek Zegier

To doświadczenie spotkania i umiejętność bycia razem postrzegamy z perspektywy czasu jako najważniejszą lekcję, którą otrzymaliśmy od mieszkańców Ocic. Główną zasadą, jaką przyjęliśmy od początku naszej obecności w tej miejscowości, było kształtowanie relacji z zespołem na zasadach partnerskich i w oparciu o wzajemne zaufanie. Pozwoliło to nam na zbudowanie silnej podstawy do wszelkich dalszych działań. W ostatnich latach zorganizowaliśmy wspólnie kilka potańcówek i warsztatów, spotykaliśmy się, żeby razem śpiewać, grać, tańczyć, rozmawiać. Zapraszaliśmy na te spotkania śpiewaczki z innych dolnośląskich miejscowości, reprezentację zaprzyjaźnionej Łódzkiej Szkoły Tradycji – wspaniałych Witaszewiaków i Kapelę im. Tadeusza Kubiaka wraz z muzykantami młodego pokolenia, młodzież z Zespołu Pieśni i Tańca Ziemi Bolesławieckiej. Spotkania w ocickiej salce gromadziły ludzi z miejscowości, najbliższej okolicy, ale i ciekawych nowego doświadczenia „miastowych”, gotowych przebyć spory kawałek drogi, by dotrzeć pod Bolesławiec. Wiele nauczyła nas lokalna gościnność i wiejska gospodarność. Tutaj przybysz nie może być głodny ani spragniony.
Silna potrzeba wspólnotowości przywołuje sentymenty za czasami, kiedy pracowało się i żyło jakoś bardziej razem. Dzisiejsze spotkania, którym towarzyszy muzyka wykonywana wyłącznie jako prezentacja sceniczna, nie mogą zaspokoić potrzeby uczestnictwa, którą dawały dawne zgromadzenia, mające swoich głównych i pobocznych aktorów, lokalnie znane scenariusze i – bardzo często – znaczącą dla tej społeczności oś tematyczną spotkania, związaną na przykład ze świętowaniem. Czasem jednak do tego, by móc coś celebrować, wystarczy perspektywa bycia razem.

Podczas gdy śpiew, zwłaszcza ten grupowy, jest nadal w Ocicach żywy i społecznie doceniany, to muzyka instrumentalna jest już słyszana coraz rzadziej. Jak mówią miejscowi: „Nie ma już komu grać”. Młodzi uciekają do miast, nawet ci, którzy zostali, są zajęci pracą i dziećmi albo po prostu muzyki tej nie znają, bo już nie mogą jej tu usłyszeć. Trudno więc twierdzić, że dzisiejsza wieś tej muzyki nie chce; żeby coś odrzucić, trzeba mieć choćby szansę to poznać. Próby poszukiwania lokalnych melodii to często zbieranie okruchów z jednostkowej pamięci i szperanie w mało obszernej literaturze przedmiotu, nielicznych opublikowanych nagraniach oraz w archiwach różnych instytucji, które nie zawsze są chętne do szerokiego udostępniania swoich cennych zasobów. Każda odszukana melodia jest dla nas jednak na wagę złota, a zagrana na nowo ożywa, budzi kolejne pokłady pamięci, podrywa do tańca. Obserwowanie tego zjawiska nie przestaje zadziwiać.

Wspólne tańczenie kolo na Mistrzowskich Andrzejkach w Ocicach, 2016. Fot. Gutek Zegier

Nieprzebrane zasoby pamięci

Zaledwie dwanaście kilometrów od Ocic, we wsi Zebrzydowa, mieszkała do niedawna pani Stanisława Latawiec. W ramach działań naszej szkoły tradycji zorganizowaliśmy u niej w 2017 roku warsztaty, na których można było poznać śpiewaczkę osobiście, posłuchać jej opowieści i nauczyć się w bezpośrednim przekazie ułamka jej przebogatego repertuaru. Kończące cykl warsztatowy otwarte spotkanie śpiewacze w Zebrzydowej zgromadziło wiele osób, przede wszystkim mieszkańców tej miejscowości.

Pani Stanisława urodziła się w roku 1926 na terenie dzisiejszej Bośni i Hercegowiny (Novi Martinac, po polsku: Nowy Martyniec) jako czwarta spośród jedenaściogra rodzeństwa. Jej rodzice przyjechali na tereny północnej Bośni z Wołynia. W latach 30. XX w. rodzina pani Stanisławy przeniosła się do wioski położonej w chorwackiej Slavonii, oddalonej o sto kilometrów od Bośni. Ojciec pani Stanisławy, Władysław Kida, służył siedem lat w wojsku austriackim, z tego okresu zapamiętał wiele pieśni patriotycznych, wojskowych, lirycznych, które przekazał swoim dzieciom. Mama – Cecylia Kida, z domu Zeszutek, jak wspomina pani Stanisława, również lubiła śpiewać: „Nasza rodzina to była taka śpiewająca”. Po zakończeniu II wojny światowej rodzina Kidów przybyła na Dolny Śląsk i, jak wiele rodzin reemigrantów z byłej Jugosławii, osiedliła się w okolicach Bolesławca. Po wyjściu za mąż za Mariana Latawca (którego rodzina również przyjechała ze Slavonii, miejscowość Klenik), przeniosła się do Zebrzydowej. W 1995 r. pani Stanisława dołączyła do Zespołu Śpiewaczego z Przejęsławia. Wraz ze swoimi trzema siostrami (Michaliną Mrozik, Janiną Bieńko i Stefanią Gołąb) w Przejęsławiu przez wiele lat śpiewała dawny repertuar polski z Kresów oraz piosenki z Bośni – jako najstarsza zapamiętała ich najwięcej. Była laureatką między innymi Festiwalu Kapel i Śpiewaków Ludowych w Kazimierzu w 2013 roku.

Stanisława Latawiec (1926–2020). Fot. Gutek Zegier

O spotkaniu takiej śpiewaczki, jaką była pani Stanisława, marzy każdy badacz terenowy i początkujący adept w dziedzinie śpiewu tradycyjnego. Prawdziwa mistrzyni, a do tego osoba wesoła, ciepła i życzliwa. Najbardziej zdumiewająca była jednak jej pamięć – nie miała nigdy zeszytu z piosenkami, jedynie spis incipitów, żeby nie zapomnieć, które pieśni zna. Z pamięci i bez wątpliwości śpiewała trzydziestozwrotkowe pieśni wojenkowe i liryczne, improwizowała przyśpiewki na stare melodie mazurkowe. Opowiadała z wieloma szczegółami o historii rodziny, zwyczajach panujących w wielokulturowej Slavonii. Płynnie zmieniała język z polskiego na serbski i chorwacki, które znała doskonale, w końcu Bośnię opuszczała jako młoda, dwudziestoletnia kobieta. Pod koniec życia komunikowała się ze światem przede wszystkim przez śpiew, pieśni nie opuściły jej do samego końca. Zmarła w 2020 roku, pozostawiając nam niezwykły spadek – wiele godzin nagrań, z których część opublikowaliśmy na płytach prezentujących ją i jej siostry: Z domu Kida (2016 r.) i W domu Kidów (2017 r.).
Do Ocic i Zebrzydowej przyjeżdżamy od 2012 roku, działania Akademii Kolberga toczą się tam (z przerwami na wycieczki z projektami animacyjnymi do innych dolnośląskich osadników) od 2014 roku. Nie mamy jednak poczucia, że wiemy już wszystko. Co więcej – z czasem perspektywa się zmienia i poszerza, pomysłów przybywa, a worek z tradycjami polskich reemigrantów z Bośni zdaje się nie mieć dna. Trzeba jednak coraz głębiej w nim nurkować.

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb.
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym.

Zamknij