Przejdź do głównej zawartości strony

Za oknem burza z piorunami. O tej porze roku przypomina mi ona procesje w dzień Bożego Ciała, na których w dzieciństwie sypałam kwiatki. Nawet babcia rzadko wtedy oponowała, kiedy się jej po kryjomu zrywało z ogródka starannie wypielęgnowane, ogromne, purpurowe głowy piwonii. Z jednej wystarczało płatków na pół koszyka, dodawało się jeszcze trochę rumianku, chabrów, maków, krwawnika (dużo), drobnych zielonych liści, śliskich – żeby się dobrze sypały. Potem na trasie procesji zostawały wielobarwne, choć ciut rozdeptane kwietne dywany. Niedługo zresztą leżały na drodze, ponieważ było po prostu wiadomo, że tuż po uroczystej mszy z procesją należy spodziewać się gwałtownej burzy z piorunami i ulewą. Często pierwsze krople deszczu spadały już w ostatnich minutach modlitw.

Ten moment roku powinien być moim ulubionym. Jest, ale nie do końca.

Wygląda na to, że odziedziczyłam po moich chłopskich przodkach zapisany w genach strach, który uaktywnia się wczesnym latem, mimo że nie uprawiam pola.

Wszystko jest prawie gotowe – zawiązki owoców, zbóż, roślin uprawnych. Jeszcze niedojrzałe do zbioru, ale już uformowane, przygotowane do wysypu, owocowania. Wystarczy mocny przymrozek, porządna wichura, solidny grad, i to, na co pracowano przez ostatnie miesiące, co już oczyma wyobraźni widziano w stodole, szopie, kopcu, piwnicy – jest mocno uszczuplone albo i wcale tego nie ma.

Gęstwina wybujałej zieleni – jej kolor nie jest możliwy do odwzorowania w żadnej sporządzonej ludzką ręką palecie barw. Ten odcień istnieje tylko w przyrodzie i występuje w pierwszej połowie czerwca. Kłoszące się zboże, gigantyczne kępy zielska, wysokie trawy. Wystarczy pójść w czerwcowe popołudnie (a jeszcze lepiej pod wieczór) na samotny spacer wśród pól, żeby zrozumieć, że natura w ogóle nie potrzebuje człowieka. Ewentualnie jako barwną kropkę w krajobrazie, ale też niekoniecznie.

Dawno temu, w prawosławne święto Trójcy, byłam razem z Jagną Knittel i koleżankami z zespołu Z Lasu we wsi Swarycewicze na Polesiu ukraińskim. To jeden z tych dni, kiedy wykonuje się obrzędowe lamenty na grobach zmarłych bliskich. Trójca (która była wczoraj, 07.06) to – podobnie jak katolickie Zielone Świątki (a potem jeszcze Boże Ciało) – apogeum tego dziwnego czasu, który trzeba przeczekać. I modlić się, do kogo tylko się da – o wstawiennictwo i opiekę nad wszystkim co żyje: ludźmi i zwierzętami, żytem i pszenicą, jabłkami i czereśniami.

To jedne z najbardziej doniosłych, choć dziś może już nie tak oczywistych znaczeń wszystkich świąt pomiędzy Wielkanocą i Zielonymi Świątkami.

50 dni trwogi.

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb.
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym.

Zamknij