Przejdź do głównej zawartości strony

Jak głosi jedna z legend założycielskich naszego środowiska, na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych doszło do muzycznego spotkania na styku dwóch kultur – polskiej i węgierskiej. Między innymi to dzięki środkowoeuropejskim inspiracjom zainteresowanie kulturą tradycyjną w naszym kraju się odrodziło; w miastach powstawały pierwsze Domy Tańca, na wsiach ruszały tabory, a głodni spotkań muzykanci in spe poszukiwali nowych-starych mistrzów (jako osoba, która w tym czasie zaabsorbowana była nauką samodzielnego chodzenia, trochę zazdroszczę im tamtego klimatu pionierskiego – choć ponownego – odkrywania, walki z czasem i powstającymi przez jego upływ białymi plamami na muzycznej mapie). Fala wywołana zachodnim impulsem gnała poszukiwaczy nie tylko po Polsce dzisiejszej, ale i dalej na Wschód, do Polski niegdysiejszej. Była pośród nich dwójka studentów i doktorantka: Piotr Piszczatowski, Dorota Serwa oraz Dorota Frasunkiewicz. Kilka lat temu fundacja Muzyka Zakorzeniona otrzymała dostęp do ich nagrań, a wiedząc, że również mnie z Dorotą Kurkowicz zawodowo i prywatnie na wschód ciągnie, zsieciowała trzy ogniwa: nagrywających, nagrania oraz nas – nagrania odtwarzających. W ten sposób powstały pierwsze zalążki projektu, który lata później otrzymał nazwę Polfonia.


Napisać szczęśliwy wniosek w konkursie ministerialnym udało się nie od razu, mieliśmy więc sporo czasu na rozeznanie placu boju i znalezienie kolejnych sprzymierzeńców w nierównej walce z czasem i nadpisywaniem kultury. W toku poszukiwań odkryliśmy, że w pół drogi między węgiersko-polskim zaczynem a naszymi dzisiejszymi eksploracjami nagrań dokonywała osoba, która później stała się dla nas i całego projektu postacią całkiem istotną – trafiliśmy na archiwum Rafała Foremskiego (kuludziom.org.pl). Rafał od kilkunastu lat jeździ z przyjaciółmi po Bukowinie Rumuńskiej i Mołdawii, zapuszczał się również na tereny samozwańczej Republiki Naddniestrzańskiej. Chyba wtedy właśnie wizja projektu przyjęła ostateczną formę: są nagrania od Litwy przez Białoruś i Ukrainę, aż do Mołdawii, czyli mamy klamrę zamykającą zbiór geograficznych wyobrażeń na temat zabużańskiego „Polskiego Wschodu”. W lipcu zeszłego roku podogrywałem jeszcze nieco w mołdawskiej Styrczy, a w grudniu przyszły dobre wieści: za trzecim razem się udało, Polfonia dostała swoją szansę w postaci stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Zamysł

Spośród plam na przywoływanej wcześniej mapie, polska polifonia bieleje chyba najjaśniej. Nie jest dobrze osadzona w zbiorowych wyobrażeniach na temat naszej muzycznej tradycji, mimo iż robiąc piwot od centrum Polski w dowolnym kierunku, nie sposób się na nią nie natknąć: na wschodzie od Suwalszczyzny, przez Podlasie, potem obsadzone przez górali południe, po usiane przesiedleńcami „Ziemie Odzyskane” i Pomorze – gdzie się nie obrócisz, wszędzie słychać na głosy. Lubię myśleć, że Polskę jednogłosową otacza wielogłosowy precel. Ktoś może powiedzieć, że to wpływy sąsiedztwa czy religii (mam tu na myśli głównie prawosławie), ale przecież w którymś momencie, po stuleciach organicznego funkcjonowania, czas chyba już uznać to zjawisko za ugruntowane i nie mniej nasze. Podobnie jak zrobiliśmy z wieloma instrumentami, tańcami czy melodiami. Zwłaszcza w momencie, gdy muzyka tradycyjna jako całość nieubłaganie dryfuje w stronę dawnej, a dla kolejnych pokoleń nawet regionalne niuanse stają się coraz mniej czytelne i odległe. Jako wielkopolski (z dziada pradziada) milenials, jestem najlepszym tego przykładem: dudy i kozły w codziennym doświadczeniu były dla mnie równie egzotyczne, co podlaskie harmonie pedałowe i ligawki. Myśląc o tym wszystkim, doszliśmy do wniosku, że skoro jest to istotna część naszej ukochanej spuścizny muzycznej, a publikacji płytowych poświęconych tej tematyce jest jak na lekarstwo, to wypadałoby ów stan rzeczy zmienić. A przynajmniej do tej zmiany jakoś się przyczynić.

W wariancie idealnym przydałaby się wielotomowa i wielopłytowa antologia obejmująca wszystkie albo przynajmniej większość manifestacji polskiego wielogłosia. My natomiast, mierząc siły na zamiary, postanowiliśmy dorzucić chociaż tę małą, lecz istotną w naszym przekonaniu cegiełkę. Ograniczyliśmy się do obszaru, w którym czujemy się dobrze: do tradycyjnych, wielogłosowych pieśni Polaków ze Wschodu oraz na Wschodzie. Pierwsi z wymienionych w ramach drugowojennych zawirowań uciekali bądź relokowani byli na Zachód zawiązywanej w tamtym czasie Polski Ludowej – nierzadko z wycieńczającym epizodem syberyjskiej tułaczki. Drudzy zaś, pomimo wędrówki granic, pozostali w swoich małych ojczyznach i przez dekady utrzymywali mateczniki lokalnej polskości. Zbierając, opracowując i odtwarzając ocalone pieśni wraz z towarzyszącym im kontekstem, chcieliśmy wytrącić tytułową Polfonię – my sami rozumiemy ją właśnie jako brzmienie polskości, które jest wypadkową wielogłosu różnych jej odsłon, i które nierzadko bywa polifonizacją wyobrażonego kanonu.

Część pierwsza: kwerenda i poszukiwania

Całość działań przy projekcie podzieliliśmy na trzy czteromiesięczne części: kwerendę, pracę nad płytą i objazd popularyzujący to, co uda nam się wypracować. Podczas pierwszej z nich postawiliśmy sobie dwa główne zadania: dobrze rozpoznać archiwa, którymi już dysponowaliśmy (Piotra Piszczatowskiego, Doroty Serwy, Doroty Frasunkiewicz, Rafała Foremskiego plus własne) oraz sprawdzić, czy z drugiej strony uda nam się jeszcze odnaleźć śpiewających przesiedleńców osiemdziesiąt lat po akcjach repatriacyjnych (choć tak naprawdę raczej powinniśmy nazywać je ekspatriacyjnymi). Zanurzenie się w archiwaliach było dla nas jak prawdziwa podróż w czasie. Za portal robiły słuchawki – razem z badaczami spędziliśmy całe tygodnie, podróżując po terenie i słuchając głosów z przeszłości. Niektóre z kaset były nagrywane „na setkę”, czyli rejestrowały całość spotkania; rozmowy, śmiech, brzęk szklanek, prześpiewywanie, opowieści, trzaski drzwi i pisk krzeseł rotujących się za stołem biesiadników. Trochę jak w filmie jednego ujęcia. Było to równie niezwykłe, co kłopotliwe – potrzebowaliśmy w tym strumieniu fonicznej świadomości jakiejś struktury, żeby móc lepiej określić, w jakiej przestrzeni się poruszamy, połączyć usłyszane z miejscem, datą i najlepiej wykonawcą. Choć większość kaset była zdigitalizowana (ogromna praca między innymi Mateusza Czarnowskiego i Piotra Baczewskiego), to do wielu z nich brakowało choćby podstawowych fiszek. Tutaj z ogromną pomocą przyszła autorka części nagrań, Dorota Serwa, która udostępniła nam swoją pracę magisterską oraz oryginalne kasety(!) wraz z dołączonymi do plastikowych opakowań notatkami. To był dokładnie ten drogowskaz, którego potrzebowaliśmy. Obraz zaczął układać się w spójną całość, a nazwiska i miejsca wskakiwały do rubryk przy opisach bibliograficznych pieśni. Pozostało wyłuskać poszczególne utwory i umieścić w gotowych do akcji katalogach.

Projekt Polfonia, kasety z nagraniami archiwalnymi, fot. z archiwum autora

Równolegle wystartowaliśmy z akcją poszukiwania żyjących jeszcze i pamiętających dawne pieśni przesiedleńców. Postanowiliśmy działać wielotorowo: naszą odezwę nadaliśmy na falach Polskiego Radia Koszalin, Polskiego Radia Szczecin oraz stronach „Głosów Podolan”, rozpuściliśmy też wieść w środowiskach Sybiraków, Wilniuków oraz Lwowiaków. Odzew zdecydowanie nas zaskoczył. I wzruszył. Skontaktowały się z nami osoby, które nagrania swoich rodziców i dziadków wyszperały w rodzinnych zasobach: Grzegorz Szczepański w 1980 roku testował otrzymany na gwiazdkę magnetofon Ułan, dzięki czemu dziś na płycie usłyszeć możemy piękny śpiew jego babci, Rozalii Werkun, urodzonej w 1897(!) roku Sybiraczki, która wysiedlona została z podwileńskich Wielkich Soleczników, a po trudach przymusowej wędrówki osiadła na Pomorzu Zachodnim. W latach dziewięćdziesiątych na podobny pomysł rejestracji wpadł Jarosław Płotkowski i nagrał melodie grane na akordeonie przez swojego ojca, Michała, urodzonego w 1934 roku na Tarnopolszczyźnie (o nim za chwilę jeszcze słów kilka). Poprzez lokalną pomorską działaczkę, Monikę Kołacz, trafiliśmy również do niezwykle ciepłej i rozśpiewanej Stanisławy Szczuko. Dziewięćdziesięciosześcioletnia pani Stasia, Sybiraczka z Kowali na Wileńszczyźnie, przekazała nam balladę, którą śpiewała jej mama, czekając powrotu męża walczącego na frontach pierwszej wojny światowej. Bezpośredni kontakt z tak daleką, ale nie mniej przez to odczuwalną historią, był dla nas absolutnie niesamowitym doświadczeniem.

Równie skuteczne okazały się kwerendy w regionalnych rozgłośniach radiowych. W przepastnych archiwach Radia Szczecin niestrudzona Małgorzata Furga pomogła nam dotrzeć do unikalnych audycji, w tym tych z lat sześćdziesiątych, zawierających prawdziwe perły pokroju trzygłosowych pieśni weselnych śpiewanych w mieszanym składzie przez przesiedleńców z ukraińskich Liczkowiec. W Radiu Koszalin, mówiąc otwarcie, pokonała nas zbita ścianą formalności – mimo to otrzymaliśmy od redaktorki Renaty Pacholczyk znaczące wsparcie w postaci nagłaśniających projekt audycji oraz licznych tropów i kontaktów w regionie, dzięki którym odwiedziłem z rejestratorem między innymi legendarny dla mnie zespół „Kresowianka” z Letnina. To było coś.

Pod koniec roku odezwała się do nas również czytelniczka „Głosów Podolan”, która podczas zbierania materiałów do monografii o swojej rodzinnej podtarnopolskiej wsi otrzymała kilkadziesiąt nagrań przesiedleńców zarejestrowanych w latach siedemdziesiątych już na terenach Gorzowa Wielkopolskiego – z udostępnieniem tych materiałów musimy jednak nieco poczekać, aż prawa do nich przejdą do domeny publicznej, natomiast stanie się to już w przyszłym roku.

Łączyć

I tutaj choć jeden ustęp chciałbym oddać dwóm napotkanym podczas badań terenowych postaciom, które wywarły na nas niezwykłe wrażenie swoją gotowością do łączenia. 

Myślę, że każdemu, kto w jakiś sposób zajmuje się tematyką polsko-ukraińską, wcześniej czy później przyjdzie skonfrontować się z tragicznymi kartami wspólnej historii. Liczyliśmy się z tym, że i przy Polfonii możemy napotkać zrozumiałą, choć nieodżałowaną dla ratowników kultury awersję wobec dzielenia się wspólnymi dla sąsiedzkich kultur muzycznymi rudymentami. Z tekstów Remka Mazura-Hanaja znaliśmy przypadki muzykantów, którzy po drugiej wojnie światowej radykalnie okrajali grany repertuar, dlatego wizyta w Trzcińsku-Zdroju i rozmowa z Michałem Płotkowskim była dla nas serdecznym zaskoczeniem. Pan Michał miał zaledwie dziesięć lat, gdy przez jego rodzinne Seńkowo w obwodzie tarnopolskim przetoczyła się fala rzezi wołyńsko-galicyjskiej, a ocalała część rodziny ewakuowana została na Pomorze Zachodnie. Pomimo tak koszmarnego doświadczenia, pan Michał zachował w pamięci również te chwile, kiedy w ich rodzinnym domu wieczorami zbierali się sąsiedzi i wspólnie tańczyli kołomyjki czy kozaki. Zapamiętał również ich melodie, które razem z wprowadzającymi opowieściami postanowiliśmy zamieścić na płycie jako dodatek – taką pomostowość również odbieramy jako swojego rodzaju polifoniczność, jak widać nie mniej ważną dla zachowania ciągłości wspólnych zasobów kulturowych niż sama pamięć.

Michał Płotkowski z akordeonem. Fot. z archiwum rodzinnego Płotkowskich
Michał Płotkowski podczas wywiadu, rok 2025, fot. z archiwum autora

Jeszcze jedną, podobnie mediacyjną postacią, którą spotkaliśmy na projektowej drodze, była pani Efimia Bogucka z mołdawskiej Styrczy. Urodziła się w 1954 w Ukrainie i z pochodzenia jest Ukrainką, w młodości zaś wyszła za styrczańskiego Polaka. Poza pięknym, lirycznym głosem, ujęła mnie tym, że mimo swojego pochodzenia, a później wieloletniego funkcjonowania w silnie rosyjsko- i rumuńskojęzycznej rzeczywistości, pozostała jedną z ostatnich osób we wsi, które przechowują w pamięci tradycyjne polskie melodie oraz obrzędy. A o tym, że niełatwo było utrzymać nawet zwyczaj mówienia po polsku, opowiadała nam (już po rosyjsku) jej niedaleka sąsiadka, urodzona w 1933 roku Eugenia Komarnicka, którą również usłyszeć można na płycie. Dziadek pani Eugenii przy okazji odwiedzin zawsze miał ze sobą garść cukierków. Za rozmowę z dziadkiem po polsku, wierszyk czy piosenkę, słodkości zostawały u wnuczki – w innym przypadku musiała obejść się smakiem.

Pocztówka z nagrań terenowych w mołdawskiej Styrczy. Na zdjęciu Efimia Bogucka i Piotrek Braszak. Kolaż autorstwa Czarli Bajki

Część druga: akcja płyta

Gdy już uzbieraliśmy i finalnie uporządkowaliśmy materiał, przyszła kolej na ucieleśnienie zamysłu płyty – kolejne cztery miesiące poświęciliśmy właśnie temu. Podczas niełatwego etapu doboru nagrań, kierowaliśmy się kilkoma kryteriami. Pierwszym z nich była polskojęzyczna wielogłosowość, we wszystkich swoich odsłonach: od rozbudowanej, poprzez skłaniającą się ku heterofonii, aż do tej cząstkowej, wyłaniającej się w trakcie pracy pamięci, niekiedy domruczanej w tle. Zależało nam na podjęciu próby uchwycenia jej w pełnej rozpiętości, zarejestrowaniu w tym dwupłytowym kadrze organiczności polskiej, wschodniej polifonii. Nie jest to więc wydawnictwo w najściślejszym ujęciu etnograficzne, nie ma w swoim założeniu jak najwierniejszego przedstawienia cyklu obrzędowego, roku liturgicznego, czy najjaskrawszych lub typowych wariantów. Drugim kryterium, mającym pomóc w realizacji popularyzatorskiego zadania projektu, był stopień trudności odbioru – chcielibyśmy, żeby płyta rozgościła się nie tylko na półkach dobrze przygotowanego grona znawców tematu, ale również u słuchaczy mniej zaprawionych w zmaganiach z surową materią terenowych nagrań. Szukaliśmy wariantów rozbudowanych melodycznie, ze swoistą głębią i umiarkowanym utemperowaniem, po które sięgnąć można z zaintrygowania tematem, a zostać dla przyjemności słuchania. Z tego powodu zdecydowaliśmy się też na współczesną rekonstrukcję niektórych nagrań: ciekawych, choć niepełnych, z fragmentarycznie zachowanym tekstem czy melodią, niedostatecznie wyeksponowaną heterofonią, która padła ofiarą ograniczeń technologicznych tamtych lat, a także tych, w których podeszły wiek wykonawców w znacznym stopniu nie pozwalał zapanować już nad głosem (a niektórzy z nich urodzeni byli na przełomie XIX i XX wieku). Chcieliśmy dzięki temu zabiegowi uchylić furtkę wyobraźni słuchaczy i rozbić, zrozumiałe poniekąd, popularne wyobrażenie o tym, że tradycyjne pieśni śpiewali jedynie ludzie w jesieni życia – i oni również byli kiedyś młodzi. Do odtworzenia utworów okołoweselnych, tradycyjnie należących do repertuaru żeńskiego, zaprosiliśmy Olgę Łoś, śpiewaczkę pochodzącą z białorusko-polskiego pograniczna. Chcąc osiągnąć dźwiękową spójność, współczesny materiał dograliśmy w domu. Ostatnią wskazówką przy doborze materiału było dla nas kryterium osobistego spotkania. Stwierdziliśmy, że warto, choć w tak symboliczny sposób, zamanifestować obecność ostatnich, wciąż żyjących, nagranych przez nas Polaków ze Wschodu. Drugoplanową kwestią staje się wtedy fakt, że nie mają już z kim zaśpiewać na głosy. Chcieliśmy przez to również zainspirować potencjalnych słuchaczy do poszukiwania przesiedleńców w swojej okolicy – możliwość spotkania i rozmowy doceniają nie mniej niż my, młodsze pokolenia. Z chęcią oddalibyśmy też szerzej głos żyjącym do dziś Polakom na Wschodzie, jednak wyjazdy w tym celu do Białorusi i Ukrainy w sytuacji rozgorzałej rosyjskiej agresji wydały się nam nieodpowiednie i nieodpowiedzialne, stąd najnowsza reprezentacja tamtych stron ograniczona jest jedynie do terenów Mołdawii.

Co uważniejsi słuchacze odnajdą w kompilacji dwa nagrania, które pozornie nie spełniają wyżej zarysowanych kryteriów metodologicznych: „Siądaj Danusia, siądaj kochana” oraz „Wid koly ja z tobom rozpiznawsia”. Choć nie są polifoniczne w muzykologicznym rozumieniu, doskonale oddają inne, wspominane już w tekście wielogłosie, z którym nieodmiennie spotykaliśmy się podczas badań terenowych i pracy z archiwami: językowe oraz kulturowe, organiczne sploty, z łatwością omijające monolity konstruktów państwowych. 

Pozostawała jeszcze kwestia układu nagrań. Podporządkowując się niejako geograficznej nici narracyjnej, bez której nie sposób obejść się podczas opowieści o ojczyźnie, polskości, drodze i tęsknocie, postanowiliśmy zaprezentować utwory w tym właśnie kluczu: od Litwy i Białorusi (płyta pierwsza), poprzez Ukrainę i Mołdawię, do de iure wchodzącej w jej część samozwańczej Republiki Naddniestrzańskiej (płyta druga, na której znajdują się również nasze rekonstrukcje oraz dodatek).

Wszyscy, którzy ciekawi są efektu końcowego, wydawnictwo znaleźć mogą na platformie YouTube https://www.youtube.com/@Kurkowicz_Braszak lub pobrać razem z książeczką na naszej stronie KurkowiczBraszak.art w zakładce „Polfonia”. Po płyty w wersji fizycznej piszcie bezpośrednio – kontakt do nas również odnaleźć można na stronie.

A do poobcowania z wersją namacalną zachęcamy podwójnie, bo nie mniej istotna było dla nas kwestia oprawy graficznej dysków – chcieliśmy, żeby warstwa wizualna korespondowała z usłyszanym na płycie i opowiedzianym w książeczce (także poprzez krótkie narracyjne preludium Kasi Roman-Rawskiej). Mapa skojarzeń rysowała się następująco: przede wszystkim linearność, graficzne oddanie polifonizacji, ale też samych losów społeczeństwa pozostającego w relacji z matecznikiem po drugiej stronie granicy. Rzeka (przynosząca na myśl również dym) jako symboliczna linia graniczna, często bez możliwości powrotu; droga, tory (tułaczka), horyzontalne rozwiązania; rekurencje, bo tożsamość naszych rozmówców bywała często wypadkową zapętlonych, wzajemnych odbić, refleksji; stonowana kolorystyka, faktury, sploty, które oddawałyby złożoność drogi, jaką musieli przejść ludzie niosący w sobie pieśni. Niełatwe zadanie przepuszczenia tych licznych asocjacji przez swoją wizualną wrażliwość dźwignęła na barki Czarli Bajka. Efekt przerósł nasze najśmielsze oczekiwania – mamy nadzieję, że oprawa graficzna przekona do siebie również odbiorców Polfonii.

Album Polfonia, 2025. Projekt: Czarli Bajka

Część trzecia: objazd

Nagrane dwupłytowe wydawnictwo rozesłaliśmy do darmowego odbioru w ośmiu miastach Polski, sami zaś ruszyliśmy w trasę z warsztatami, koncertami i panelami dyskusyjnymi. W przesiedleńczych opowieściach cyklicznie przewijały się trzy ważne ośrodki „repatriacyjne”, a mianowicie Szczecin, Poznań i Wrocław – miasta tworzące dawne bramy na tak zwane Ziemie Odzyskane. Postanowiliśmy odwiedzić te palimpsestowe tereny w nadziei, że podczas spotkań z różnymi pokoleniami mieszkańców: autochtonami, przesiedleńcami i kolejnymi generacjami, nierzadko nie mającymi potrzeby głębszej świadomości swojego pochodzenia, wytrąci się coś odkrywczego – zarówno dla nich, jak i nas samych. I ta intuicja się sprawdziła.

Idąc od północy: w Szczecinie przyjął nas Teatr Kana, który zorganizował panel dyskusyjny z udziałem Doroty Serwy oraz Rafała Foremskiego. Dzięki obecności mieszkańców oraz takiemu składowi prelegenckiemu, mogliśmy zbudować ciągłą i komplementarną opowieść: od perspektywy osób zbierających materiały, poprzez nas, sięgających po nie podczas rekonstrukcji, do informacji zwrotnej od odbiorców, spośród których, jako osoby bez pochodzenia ekspatrianckiego, stanowiliśmy zdecydowaną mniejszość. Również to jednak miało swoje zalety, bo pozwoliło nam zestawić dwie optyki: ich odśrodkową z naszą, mimo wszystko, zewnętrzną. W Kulicach natomiast mieliśmy okazję spotkać się z męską grupą, co umożliwiło sięgnięcie po wyjątkowy, bo zachowany w wyłącznie męskiej tradycji wykonawczej materiał – zaprudziańskie pieśni pogrzebowe z archiwum Piotra Piszczatowskiego.

Projekt Polfonia. Szczecińska dyskusja, fot. Ośrodek Teatralny Kana

Podczas wielkopolskiej części eskapady ze wspólnym śpiewaniem zajechaliśmy do Trzcianki i był to strzał w dziesiątkę – tuż po drugiej wojnie światowej Wielkopolanie należeli tam do zdecydowanej mniejszości, a aż 2/3 mieszkańców stanowili przesiedleńcy, w znacznej mierze ze wschodu. Był to więc w najściślejszym znaczeniu wspólny śpiew, bo nasi gospodarze rozpoznawali niektóre warianty melodyczne pieśni i odpowiadali na nie własnymi! Nie rozczarował nas również Poznań – po koncercie podeszli do nas potomkowie ekspatriantów z Lwowszczyzny, udowadniając, że i na własnym podwórku warto czasem poszukać.

Nie mniej ważne było dla nas zetknięcie się z osobami, które przesiedleńczego doświadczenia w rodzinie nie miały lub było to doświadczenie współczesne, związane z tragediami toczącymi się za naszą wschodnią granicą obecnie. Pozwoliło to nadać wykonywanym pieśniom nowych, nie mniej jednak osobistych kontekstów. Jednym z takich doświadczeń były wrocławskie warsztaty w Przejściu Dialogu, podczas których zeszliśmy się w młodszym, białorusko-polsko-ukraińskim gronie. Do polskich pieśni wróciło na moment przedniojęzykowe ‘l’ i dźwięczne ‘c’, zupełnie jak na archiwalnych nagraniach. Było to dla nas spotkanie niezwykle budujące, bo pokazało, że dawne pieśni i dziś potrafią być funkcjonalne, oraz że są osoby aktywnie zainteresowane kontynuacją ratowanych w projekcie tradycji – wiemy, że kolejne wrocławskie spotkania wokół polfoniowych pieśni odbywają się już bez naszego udziału.

A w tamtych okolicach, poza Przejściem mieści się jeszcze jedna, ważna dla polsko-wschodniego porozumienia instytucja: Kolegium Europy Wschodniej. Było to dla nas znaczące, że i tam, w pięknych okolicznościach wojnowickiego zamku na wodzie, mieliśmy okazję zaśpiewać i spotkać się z osobami zafascynowanymi dawnymi pieśniami rodaków zza Buga.

Projekt Polfonia. Wrocławskie warsztaty, fot. Przejście Dialogu

Co dalej

Projekt był dla nas piękną, wartościową przygodą – i nie są to jedynie okrągłe słowa. Poznaliśmy wspaniałych ludzi, dotarliśmy do cennych archiwów, zrobiliśmy, co w naszej mocy, żeby przekazać je dalej. Jest to jednak, jak wspomniałem na początku, jedynie malutka cegiełka, niewielki fragment białej plamy rozlewającej się po mapie polskiej wielogłosowej muzyki tradycyjnej. Wciąż czekają na opracowania archiwa, wiele jeszcze jest do uporządkowania i wiele do opowiedzenia. Pozostaje więc liczyć na to, że w przyszłości, siłami zapaleńców i przy wsparciu państwowych instytucji, uda się ten polifoniczny precel, w którym tkwi Polska centralna, kawałeczek po kawałeczku rozgryźć.

Precel. Fot. A. Savin

Podziękowania

Na koniec chcielibyśmy z całego serca podziękować naszym rozmówcom za ciepło i otwartość, wszystkim instytucjom i ratownikom tradycji za udostępnienie do projektu tak wyjątkowych nagrań, Fundacji Muzyka Zakorzeniona za nieocenione sieciowanie i pomoc przy dotarciu do archiwaliów, Czarli Bajce za wspaniałą oprawę graficzną, Adamowi Martowi za trud rekonstrukcji dźwięku ze starych taśm, Kasi Roman-Rawskiej za klimatyczną introdukcję tekstową, a przyjaciołom z wielu ośrodków tradycyjnych w kraju za pomoc w dotarciu z płytami i pieśniami do zainteresowanych uszu.

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb.
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym.

Zamknij