Przejdź do głównej zawartości strony

Kochamy to nasze dziedzictwo niematerialne, a jednak bardzo często odczuwam, jak silnie świat muzyki splata się z tym, co namacalne. I nie mam tu na myśli strojów, które dziś bywają traktowane jako znak przynależności do tradycji, lecz te sfery, które naprawdę podtrzymują jej ciągłość. Jedną z nich jest przestrzeń – wieś, kościół, pola, obejścia, dom –  które gromadziły ludzi i w relacji z którymi tworzyła się ta muzyka. A druga, późniejsza, połączona z rozwojem cywilizacji, to rzeczy, które dosłownie przenoszą pieśni w czasie. Chodzi o teksty i nagrania.  Oczywiście bardzo żałujemy, że jest ich tak mało, że tak niewiele się zachowało. Pominę już fakt, że to samo ucywilizowanie sprawiło zanikanie pieśni i muzyki; pozostanę w nurcie psioczenia na ówczesnych, że nie zadbali, nie zapisali, nie zachowali.

W niniejszym artykule szczególnie będę ubolewać nad niezachowywaniem śpiewniczków, głównie tych ręcznie pisanych. Bardzo lubię sam przedmiot – zeszyt ze swoimi dizajnami i jakością papieru charaktyrystycznymi dla swoich czasów, który nosi znamiona czasu i użytkowania. Ale też jako nośnik pisma ręcznego, pisania po swojemu. Pieśni religijne przepisywane z książeczek był często pisane zgodnie z oryginałem, ale to, co się znało z pamięci, było zapisane w gwarze i często ulegało przekształceniom.

Moja półka z zeszytami starymi i nowymi. Fot. Rosik

Podczas rozmowy z Marią Siwiec z Gałek k. Rusinowa na temat zwyczaju śpiewania podczas peregrynacji obrazów, pani Maria oznajmiła, że miała zeszyt pełen pieśni zebranych na tą okazję, ale go „puściła”, czyli pożyczyła komuś i nie wrócił. Te perygrynacje wywoływały bardzo duże poruszenie wśród ludzi, były wielkim świętem i wydarzeniem duchowym. I okazją do gromadzenia pieśni – starych, nowszych, od sąsiadki zza płota i od znajomych lub rodziny z dalszych okolic, a kto miał talent, to układał swoje, specjalnie na tą okazję. Oczywiście, że najbardziej lubię te dawniejsze pieśni, ale słyszałam, że śpiewaczki z Gałek wszystko, co śpiewały, przemianowywały na swoją „nutę”, zgodnie z własnym rozumieniem pulsu muzyki, ze swoimi zdobieniami (specyficznymi dla każdego wykonawcy, a jednocześnie właściwymi dla tejże wsi). I jakże bym chciała te rzeczy usłyszeć. Spóźniłam się jakieś pięćdziesiąt lat. No trudno. Ale nie ma nawet zapisu. Zeszyt zaginął. Pani Maria szukała w pamięci tych pieśni, które wykonywała codziennie tylko przez okres peregrynacji. Czyli nie były w użyciu przez ponad 30 lat. Czy gdyby był zeszyt ze słowami, udałoby się odzyskać melodie?

Więcej o pielgrzymkach obrazów można posłuchać w audycjach Śpiewanie za obrazem. Rozmowa z mistrzynią — Marią Siwiec [Radomskie],  oraz Koło tradycji: z Małgorzatą Dubasiewicz o świętych obrazach.

Moja wiara w przedłużenie żywotności pieśni dzięki zapisom tekstu nie bierze się znikąd. Przykładem przywracania utworu do praktykowania jest pieśń apokryficzna „Gdy Najświętsza Panienka po świecie chodziła”.  Śpiewaczki z Gałek wspominały, że była taka długa pieśń, ale nie miały jej po śpiewnikach. Ewa Grochowska szczęśliwie znalazła tekst w Internecie i pieśń przywrócono do wykonawstwa. Jednak pani Zofia Kucharczyk kilka razy mówiła, że tam były jeszcze jakieś zwrotki. Przypomniałam sobie o tym i przewertowałam foldery ze śpiewnikami, bo kojarzyłam, że jest gdzieś w łęczyckiem byłam u kogoś, kto miał tą pieśń w zeszytach. Uzupełniłam tekst wcześniej znaleziony tym, co znalazłam w śpiewniku Marii Sobczak, i postanowiliśmy gromadnie go odśpiewać w tym roku z okazji zbliżających się świąt Bożego Narodzenia. I pieśń nadal żyje – dzięki temu, że ktoś ją kiedyś nakreślił. Choć już nie zapytam pani Zosi, która zmarła w 2022 roku, czy znalazłam te zwrotki, co o nich wspomniała.

Tekst można pobrać ze strony posag.pl, na której są też linki do nagrań pieśni.

Zeszyt Marii Sobczyk z Łęczyckiego. Skan: Rosik

Nie każdy ma smykałkę do prowadzenia zeszytów. Gdy zapytałam panią Zosię, czy ma jakieś zapiski, to pokazała mi jakieś pojedyncze kartki i cienkie zeszyty, na których były zapisane numery telefonów, jakieś obliczenia pod kreską, przepisy kulinarne, wszystko w rozgardiaszu i pieśni tam było najmniej, choć były spisy pieśni – być może szykowane na jakiś koncert. Znowu można powiedzieć, że niezadbane, ale pani Zosia miała świetną pamięć, więc na co tam jej były te zapiski.

Zeszyt Zofii Kucharczyk (1933–2022), śpiewaczki z Gałek k. Rosinowa. Skan: Rosik
Zeszyt Zofii Kucharczyk (1933–2022), śpiewaczki z Gałek k. Rosinowa. Skan: Rosik

Ale niektórzy zapisywali, lub częściej – niektóre zapisywały, prowadziły śpiewniki. Więc co się podziało z tymi wszystkim zeszytami? Cz ktoś kiedyś prowadził statystyki, ile z nich było spalonych w piecach, ile wyrzuconych podczas remontów albo budowy nowych domów? Ile pożyczonych, co nie wróciły do właścicielek? Albo spleśniały? Kto ma w swoich badaniach informacje o innych przyczynach? Kto choć raz był na badaniach terenowych, słyszał te historie mrożące krew w żyłach, o tym, że przecież komu to potrzebne, tylko się poniewierało. I tak regularnie pada we wsiach odpowiedź, że spóźniliśmy się jakieś dziesięć lat, bo kiedyś to jeszcze było. Wszak etnograf (również ten samozwańczy), to jest taki ktoś, kto zawsze się spóźnia.

Jednakowoż nie wszystek znikło. Gdzieś są jeszcze po szufladach. Bo ktoś wciąż używa i się przydawały na okazje różne. Albo bo ktoś trzyma, bo to pamiątka po rodzicach, albo dziadkach. A niektórzy wciąż piszą, jak na przykład Maria Siwiec, bo wiedzą, że ktoś będzie tego kiedyś chciał, że to się przyda, że pamięć jest ulotna, więc może jeszcze sama skorzysta. I żeby w tym zeszycie się przechowała pamięć po cierpliwym śpiewaku-skrybie.

Najbardziej osobliwy, który najbardziej zapamiętałam, to zeszyt Krystyny Ciesielskiej z Brogowej. Każdy miłośnik muzyki tradycyjnej wie, że pani Krysia była wybitną śpiewaczką. Więc i ja chciałam ją odwiedzić i przy herbatce zapytałam ją, ot, czy coś zapisuje. Ochoczo wyciągnęła cieniutki zeszyt z epoki wczesnej demokracji. Cóż się okazało? Pani Krysia postanowiła zapisać wszystkie pieśni, które znała – a właściwie tylko ich incypity. Tym sposobem wiemy, że było ich niemal 200. Pani Krysia pomyliła się w liczeniu, więc proszę się nie sugerować liczbą ze zdjęcia. Natomiast była nieomylna jeśli chodzi o teksty pieśni. Swobodnie wykonywała wielozwrotkowe pieśni religijne i ballady z pamięci. Wobec tego nie wypada mi narzekać, że nigdy nie dowiem się, ile znała przyśpiewek.

Pani Krystyna zmarła w 2021 roku. Jej opowieści można wysłuchać w audycji Wesele w Brogowej [wywiad z mistrzynią].

Zeszyt Krystyny Ciesielskiej (1945–2021), śpiewaczki z Brogowej. Skan: Rosik

Moje ulubione śpiewniki jakie miałam przyjemność trzymać w rękach, to zeszyty pani Marii Gacy, małżonki skrzypka Jana Gacy. To, że była w związku małżeńskim z Janem było wiadomo, również z zeszytów, bo były podpisane jego imieniem i nazwiskiem. Pytałyśmy panią Marię o to, dlaczego tak, a ona na to, że jest jego żoną i wszystko „to je jego”. Na jednym z zeszytów było napisane „Skład Pieśni. Jan Gaca”.

Zeszyty pani Marii były bez wątpienia używane. Okładka miękka, falująca od ilości otworzeń i trzymań, strony pożółkłe, brzegi mocno sfatygowane przez zrobił się z nich meszek, jak puszysta tkanina. Miała też książeczki i druki ulotne. To, co się rozpadało, sklejała taśmą albo zszywała niteczką. Przy okazji którejś wizyty pani Maria powiedziała, że w podstawówce (czasy przedwojenne) miała nauczyciela, który ich uczył prac introligatorskich. Niestety bezskutecznie próbowałam znaleźć w swoich folderach przykład jej prób ratowania książeczek i zeszytów, to wspaniałe artefakty.

Zeszyt „Skład Pieśni” Marii Gacy (1926–2023) z Przystałowic Małych. Skan: Rosik

Pani Maria brała udział w różnych pielgrzymkach, z których przywoziła książeczki i druki ulotne. Te ostatnie zszywała w małe książeczki, a okładki robiła z otwieranych kartek świątecznych. Do tych przywiezionych tekstów pieśni, które sobie szczególnie ulubiła, dobierała melodie, które były znane w Przystałowicach. Śpiewała je często sama w domu.

Druki ulotne zszyte w książeczkę przez Marię Gacę (1926–2023) z Przystałowic Małych. Skan: Rosik

Zeszyt, który wciąż jest w użyciu, to śpiewnik pogrzebowy pani Marii Oracz z Woli Gałeckiej. Pani Maria ma wielkie zamiłowanie do pieśni za zmarłych i bardzo często służy śpiewem podczas ostatniego pożegnania. Jednak jej zeszyt wybitnie wskazuje na to, że kluczowy jest w tym wydarzeniu aspekt duchowy, zapewne również brzmieniowy. Materialny jest nieważny, bo inaczej któż by wybrał na śpiewnik do tak poważnej uroczystości taką okładkę? Nie jest w tym osamotniona – pani Maria Gaca miała zeszyt o tej samej tematyce z Kubusiem Puchatkiem w wersji disneyowskiej.

Zdjęcia śpiewnika pogrzebowego Marii Oracz, śpiewaczki z Woli Gałeckiej. Na okładce leśne skrzaty. Fot. Rosik

Zdecydowanie częściej widuję zeszyty z pieśniami religijnymi i pogrzebowymi niż z piosenkami i przyśpiewkami, ale i te się zdarzają.

Jako miłośniczka śpiewników (prowadzę swoje od 4 klasy podstawówki) zawsze o zeszyty wypytuję i jeśli tylko dostanę taki do rąk, to czerwienią mi się koniuszki uszu. Pożyczam je do zeskanowania albo robię zdjęcia na miejscu (przy okazji kolekcjonując desenie cerat ze stołów, na których wertuję zeszyty). Co mogę, to zamieszczam na mojej stronie posag.pl jako jpg. Trochę tych pieśni przepisałam i opublikowałam w formie pdf. I bardzo chcę, żeby ktoś z tej mojej roboty skorzystał, najchętniej w miejscu skąd pieśni pochodzą. Na przykład pani Krysi Gacy z Przystałowic Małych, która powiedziała mi, że zginął jej czerwony zeszyt. A ja go mam w zeskanowanych i mogę dostarczyć kopię.

Czerwony zeszyt Krystyny Gacy z Przystałowic Małych. Skan: Rosik

Może tak ma być, muszą być konsekwencje. Coś zyskujemy, prąd, bieżącą wodę, jakiś rodzaj bezpieczeństwa, udogodnienia, a inne rzeczy umykają. Lub wręcz są odpychane, bo kojarzone z trudami, jakimi nie potrafię sobie wyobrazić. To była kultura oralna, bazująca na kontakcie bezpośrednim między ludźmi i na pamięci zbiorowej. Możemy teraz wszystko zapisać, ale kto będzie umiał pamiętać i współdzielić? Może gdybym nie zapisywała, to bym wszystko lepiej pamiętała? Ale cóż – chyba zawsze bałam się, że zapomnę. Potrzebuję mieć jakiś dowód, że coś istniało, że coś przeżyłam. Może się jeszcze komuś to przyda.

Katarzyna Rosik w trakcie zszywania śpiewniczków (druków ulotnych), na śpiewanie pieśni nabożych w Gałkach k. Rusinowa i Poświętnem–Studziannej na okazję św. Michała, 2020. Fot. Marta Domachowska

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb.
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym.

Zamknij