Ilu ludzi, tyle odpowiedzi, więc jak esencjonalnie opowiedzieć o suwalskiej muzyce i jej wykonawcach? Można powołać się np. na Kolberga i dzielnie kopiować jego treści albo porzucić wszelkie obawy i podzielić się własnymi obserwacjami. Nabiegałam się sporo po okolicznych wsiach, by znaleźć odpowiedź na pytanie: jak wyglądały dawniej kapele ludowe na Suwalszczyźnie? A że powstała z tego moja praca magisterska, postanowiłam się nią podzielić, bo do tej pory jej treść zbierała jedynie kurz w archiwum UMCS w Lublinie. Dziękuję zatem koleżance Julicie Charytoniuk z redakcji muzykatradycyjna.pl za wywołanie mnie do odpowiedzi.
Badania prowadziłam we wszystkich trzech powiatach Suwalszczyzny: suwalskim, augustowskim i sejneńskim. Trwały one od lipca 2010 roku do września 2011 roku – wtedy jeszcze żyli ostatni wykonawcy tej dawnej wiejskiej muzyki, m.in. Franciszek Racis z Jasionowa (1922–2018)i Mieczysław Pachutko z Zaleskich (1928–2017). Pierwsze informacje pochodziły właśnie od tych muzykantów i ich rodzin. Dalej przemieszczałam się do śpiewaczek, bo przecież śpiew i muzyka były na porządku dziennym i pięknie się przeplatały na „papuciówkach”, „guzinach”, czyli dawnych potańcówkach w prywatnych domach. Śpiewaczki bywały na takich wydarzeniach, by móc pokazać swoje umiejętności i pomagać muzykantom w wypełnianiu tej niezręcznej ciszy, w trakcie gdy muzykanci szli na papierosa, by nabrać sił przed kolejnym muzycznym setem. Zatem bez problemu wskazywały mi nazwiska i instrumenty, jakie królowały w ich wsiach. I gdyby nie termin obrony magisterki, to pewnie tych podróży po wsiach byłoby znacznie więcej, bo tak naprawdę każdy napotkany człowiek z pokolenia Franciszka czy Mietka miałby dla mnie odpowiedź, przy jakich kapelach bawili się chociażby na własnym weselu.
Tabela powstała na podstawie przeprowadzonych wywiadów. Tyle, ile respondenci pamiętali, tyle zanotowałam. Dane te nie są kompletne, ale wystarczające do wytypowania tradycyjnych instrumentów używanych w badanym regionie. Jasno z tabeli wynika, że Suwalszczyzna, mimo iż to narodowościowa i wyznaniowa mozaika, zachowuje wspólny mianownik, tj. instrumenty. Najważniejsze są skrzypce, harmonia, akordeon i bęben. O ile skrzypce i akordeon są łatwe w określeniu, to dokładność co do harmonii czy bębna nie jest taka oczywista.
Ludzie, z którymi rozmawiałam, nazywali te instrumenty po swojemu. Dopytywani o szczegóły budowy instrumentu, nie zawsze umieli mi rzetelnie odpowiedzieć. Zatem, gdy ktoś wspominał o harmoniach, mogły to być harmonie trzyrzędowe ręczne, pedałowe, ale też małe harmonie dwurzędowe, na których grało się w specyficzny sposób, określany tutaj zwrotem: „czyli jak ciągniesz – to jeden głos, a jak wiesz pchasz harmoń to drugi głos” [Olgierd Skrzypko]. Harmonia trzyrzędowa jest instrumentem chromatycznym, zaś ta mała – dwurzędowa – diatonicznym.
To samo tyczyło się bębnów. Były to albo bębenki obręczowe zbudowane z przetaka (sita), albo tzw. perkusje.
„Była to niepełna forma tej współcześnie używanej. Zarówno muzykanci, jak i ludność wiejska uczestnicząca w zabawach, nazywała ją po prostu bęben. Do dużego bębna mocowano mniejszy bębenek i talerz. Taki duży, talerze i dwa małe bębenki z boków i sprężyna. Oooo koło i tu sprężyna i taka wa, co naciskał nogą i waliła w te skórę” – Józef Borkowski
Nietuzinkowym instrumentem były cymbały. Na Suwalszczyźnie tradycja gry na cymbałach zakorzeniła się prawdopodobnie tylko we wsiach położonych blisko granicy polsko-litewskiej. W pamięci ludności zamieszkującej tamte tereny pozostali dwaj cymbaliści: Józef Magalengo i Albin Żukowski. Obydwaj wywodzili się z przedwojennego pokolenia i mieszkali we wsi Burbiszki 15 km na północ od Sejn. Prawdopodobnie pan Józef uczył się gry na cymbałach od pana Albina.
A w jakich składach grano? Bywało rozmaicie. Sporo muzycznych sytuacji tworzyli po prostu soliści. Jedna skrzypka czy jedna harmonia była zupełnie wystarczająca, by wypocić z kawalerów i panien pokłady energii, niespożytej ostatecznie w polowych pracach. Wyjątkiem byli bębniści – ci musieli mieć towarzysza, który nakreślał poszczególnymi dźwiękami skoczną polkę, a dla złapania oddechu powolnego walczyka. Bo, jak mawiał Franek Racis: „Bębnista to nie muzykant. To pomocnik muzykanta”. A jak we wsi było kilku muzykantów, to tworzyli wówczas kapele. W składzie były skrzypce z bębenkiem, później dołączały harmonie. Skrzypków mogło być dwóch, nawet trzech, wówczas jeden z nich grał na grubszych strunach.
„Warszawianka i skrzypki. Warszawianka to harmonia. Przed wojną znane byli, tylko tutaj niewiele, bo to droga rzecz. Kowalewskie grali tylko na skrzypkach. Na trzech skrzypkach. Jedna skrzypka altówka była. A dwie zwykłe. I bęben, ten duży. Natomiast Andruszkiewiczy grali z harmonią. Nie trzyrzędówka, a dwurzędówka Warszawianka. Ale zwrot miała jak niemiecka”. – Franciszek Racis
Nie spotkałam się natomiast z informacją, żeby było dwóch lub więcej harmonistów, akordeonistów czy bębnistów w jednej kapeli. Prawdopodobnie wynikało to też z faktu, że harmonii było znacznie mniej, bo był to bardzo drogi instrument. „Ona kosztowała przed wojno pięćset zlotych. A kto tyle pieniądzy miał? A to pięć krowow trzeba, na jedną harmonię” [Franciszek Racis]. Dwóch harmonistów na jednego skrzypka? Moim zdaniem żaden skrzypek nie miałby szans być usłyszanym przy tak mocnym brzmieniu harmonii. A jak gra się na instrumencie, to poczucie, że cię słyszą i podziwiają, jest niezwykle przyjemne. Znam z autopsji.
Technika gry na „suwalskiej” obręczówce (bębenku) jest specyficzna i dość trudna do opanowania. Kontynuują ją pasjonaci muzyki tradycyjnej młodszego pokolenia. Za wzorzec, przyjęli sposób pokazany przez skrzypka Franciszka Racisa, będącego bratem Leona – nieżyjącego już bębnisty, który stosował tę metodę gry. Bębenek podwiesza się na szyi za pomocą paska. Jedną ręką przytrzymuje się obręcz zaś, drugą uderza naprzemiennie pałeczką i opuszkami palców. Trudniejszym sposobem jest użycie samej pałeczki. Luźnym nadgarstkiem uderza się pałeczką w membranę, tak, by odbijając się, swobodnie spadła na skórę, dając dodatkowy dźwięk. Bębniści mieli jeszcze jeden ciekawy „patent”. Nacierali kciuk kalafonią i, zamiast uderzać palcami, pocierali skórę wzdłuż krawędzi obręczy. W ten sposób wzbudzali „brzękawki” i uzyskiwali element tzw. tremolo. Do tego stylu gry ważny jest kształt pałeczki. Musi ona posiadać z dwóch stron zaokrąglenia. Tą większą „gałką” uderza się w membranę, mniejsza natomiast nie pozwala na wyślizgnięcie się pałeczki z ręki. Cechą wyróżniającą jest także brak owinięcia skórą końca pałeczki, którym się uderza.
Wielokrotnie słyszałam, że najlepsza skóra do bębenka jest… psia. „No mało psów było w wiosce? No musieli zabić psa, zdjąć skórę i obciągnąć na bębenek. Bo to musi mocna skóra być” [Mieczysław Pachutko].
■
Na Suwalszczyźnie większość instrumentalistów nie przekazywała swojego dorobku muzycznego młodemu pokoleniu. Ostatecznie tylko skrzypek Franciszek Racis podjął próbę edukacji swoich następców. Wraz z wnukami stworzył rodzinną kapelę. Po śmierci dziadka kapela przestała zupełnie grać, ale muzyka Franka jest wciąż żywa, bo na szczęście oprócz wnuków znaleźli się inni sympatycy jego muzyki. Osobiście miałam przyjemność wieloletniej nauki gry na harmonii pedałowej i skrzypcach bezpośrednio od mistrza. Gdy Franciszek zmarł w 2018 r., stwierdziłam, że pamięć o nim nie może zaginąć. Wraz z Magdaleną Balewicz grającą na bębenku obręczowym stworzyłyśmy w 2019 r. Kapelę Kanka Franka, która gra do dziś w całej Polsce. Więcej o kapeli: linktr.ee/kankafranka
Jeśli zaciekawiła Was Suwalszczyzna, zajrzyjcie koniecznie na stronę dziedzictwosuwalszczyzny.soksuwalki.eu Jest to stale rozwijające się kompendium wiedzy na temat materialnego i niematerialnego dziedzictwa Suwalszczyzny.
W artykule uwzględniono cytaty muzykantów:
Franciszek Racis – skrzypek z Jasionowa (gm. Rutka-Tartak)
Mieczysław Pachutko – skrzypek z Zaleskiego (gm. Sejny)
Olgierd Skrzypko – harmonista z Dusznicy (gm. Sejny)
Józef Borkowski – skrzypek z Kleszczówka (gm. Rutka-Tartak)