Przejdź do głównej zawartości strony

Krążą po FB wspomnienia o bliskich, drogich, ważnych dla nas osobach.

Dołączam.

Stanisław Fijałkowski (1928–2012), śpiewak.

Próbowaliśmy go swatać ze śpiewaczką Janiną Chmiel. Okazji było dużo, często razem koncertowaliśmy. Obydwoje śmiali się z tego serdecznie i szczerze. Ona była wdową od kilku lat, on od ponad 30. Mieszkał w niewielkim, schludnym domu. Nie uskarżał się na samotność chyba dlatego, że nigdy się na nic nie uskarżał. Pamiętam go z jasną, pogodną twarzą i ledwo widocznym uśmiechem. Kto zna jego biografię, wie, że miał w młodości moment, kiedy daleko mu było do takiej spolegliwej ufności wobec świata i niczym nie skażonej radości życia.

Ale kiedy go poznaliśmy – oprócz pięknych pieśni – tym właśnie się z nami dzielił.

Stanisław Fijałkowski. Zdjęcie z wystawy "A śpiewak zawsze był sam". Fot. Norbert Roztocki 2010. Źródło: muzykaroztocza.pl

Marianna Kowalska z Przystałowic Małych (1933–2020).

Odeszła w tym roku.

Wspaniała śpiewaczka, uśmiechnięta i życzliwa kobieta. 18 lutego, kilka dni po jej śmierci, zamieściłam na FB taką notatkę (cytuję samą siebie, bo napisałam to wtedy od serca):

„Marysia, Marianna, Maria. Myślałam, że będę na jej pogrzebie. Ale nie byłam. Nie mogłam porzucić pracy, nawet w takim dniu. I tak mi żal, i opłakuję ją od wczoraj, wspominam jej zielone podwórko, niskie drzwi, niewielką kuchnię. Błyszczące oczy. Głos, który trudno było pomylić z jakimkolwiek innym. Humor, wewnętrzną radość i spokój (nawet kiedy przychodziliśmy do niej podczas choroby męża). Pani Marysiu. Dziękuję!

A Pani dusza niech frunie prosto do tego najpiękniejszego, wytęsknionego pewnie w ciężkiej chorobie, wymodlonego całym Pani życiem Bożego ogródka”.

Marianna Kowalska, Ewa Grochowska i Maciej Żurek. Fot. z archiwum PKS

Jan Gaca (1933–2013), skrzypek.

Przejeżdżali do niego najpierw chłopaki – Maciek Żurek i Marek Ruczko.

Potem kolejne 3, 4, 10, 50 osób. Pod koniec jego życia trudno było już zliczyć rozsianych po całej Polsce (i świecie) uczniów.

Granie na skrzypcach nie było warunkiem, żeby zostać jego uczniem. Zresztą nikomu nie stawiał żadnych warunków.

Kiedy odjeżdżaliśmy, wyprowadzał nas na szosę i próbował wetknąć w rękę 10, 20, 50 zł.

„Masz na drogę. Skąd masz na to wziąć?”

Nie braliśmy tych pieniędzy, ale każdy taki jego gest powodował, że czujemy się dziś bogatsi niż Bill Gates. Istnieje zresztą doskonała anegdota o rozmowie Jana Gacy z Janem Kulczykiem podczas wręczania nagrody Ministra Kultury, której Gaca był laureatem w 2013 roku. Tematem było zagadnienie, czy pieniądze dają szczęście.

Opowiem innym razem.

Przyjechałam kiedyś do niego kilka dni po pogrzebie ukochanego, serdecznego przyjaciela. Pamiętam: jest połowa kwietnia, stoję na przystanku zaraz za Przysuchą, czekam na jakąś podwózkę i słyszę niesamowicie śpiewające, nawołujące się ptaki.

Stoję i płaczę, wściekłość rozwala mnie na kawałki: jak one śmią śpiewać, kiedy mnie spotkało takie nieszczęście?

Dotarłam do Przystałowic, Jan wiedział, co się stało.

„Pójdziesz ze mną jutro zagrać wesele? Sam nie dam rady”.

Poszłam, powoli i nieporadnie zaczęłam sklejać te kawałki.

Jan Gaca i Maciej Żurek. Fot. Piot Baczewski
Jan Gaca
Jan Gaca. Fot. Piotr Baczewski

*

Przyjeżdżaliśmy do nich wszystkich łysi (i łyse), z wygoloną w połowie głową, z irokezem, w wyciągniętych swetrach, dziurawych spodniach, z kolczykami w nosie, języku, brwi.

To rzeczy niby normalne, każdy może wyglądać jak chce. Ale bywa to także wyrazem niezgody na rzeczywistość, protestu, buntu, wewnętrznego cierpienia, jakiegoś nieszczęścia.

Czasem delikatnie z tego żartowali, ale nigdy dosadnie nie komentowali, nie krytykowali. Tak jakby mieli przeczucie, że mamy pod spodem jakąś ranę i nie należy jej dotykać, dopóki sami nie zaczniemy mówić.

Myślę też o takiej sprawie: „Zastanawiałam się kiedyś, na ile wiarygodne są te nasze wywiady z ludźmi starszego pokolenia dotyczące przeszłości. Na ich podstawie budujemy własną wiedzę i umiejętności, naukowe teorie bądź modele przekazu tradycji i edukacji. Porozmawialiśmy z kobietą lub mężczyzną, spędziliśmy razem godzinę, pół dnia, dzień.

Skąd wiemy, w jakim momencie swojego życia wtedy była/był? Czy w fazie wspominania przeszłości z sentymentem i fascynacją, poczuciem spełnienia? A może niechęci i rozgoryczenia?”.*

Nauczyłam się od nich (co nie znaczy, że jestem w tym prymuską), że do ludzi trzeba podchodzić z cierpliwością, zrozumieniem, przyjaźnią, niezależnie od swojego wewnętrznego stanu. Że trzeba mieć dla nich czas i trzeba im przekazać to, co się samemu dostało.

A jeśli się nie dostało, to po prostu coś od siebie, z głębi serca.

Wspominam ich z tęsknotą, wdzięcznością, podziwem, miłością.

Zapalam wirtualne światełko.

„Acha. I co jeszcze?” Roześmiałaby się serdecznie na te słowa każda z opisanych wyżej osób.

*cytuję fragment swojego tekstu „Przed wybuchem. Kilka myśli o tradycji i pamięci”. Znaleźć go można tutaj.

W ramach naszej witryny stosujemy pliki cookies w celu świadczenia Państwu usług na najwyższym poziomie, w tym w sposób dostosowany do indywidualnych potrzeb.
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień dotyczących cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym.

Zamknij